Forum neurologiczne » Stwardnienie rozsiane » Jest coś na rzeczy czy zwariowałam...?

Jest coś na rzeczy czy zwariowałam...?

Witam,
proszę o pomoc, bo od kilku tygodni jestem kłębkiem nerwów.

Nie wiem, czy moja psychika wszystko sobie zmyśliła, czy faktycznie jest coś *na rzeczy*.

Wczoraj skończyłam 21 lat, studiuję, pracuję i w zasadzie prowadzę normalne życie - prawie normalne, bo jestem DDA, cierpię na zaburzenia odżywiania, zespół maniakalno-depresyjny i mase innych niezdiagnozowanych zaburzeń. Być może jestem też hipochondryczką. Jestem pod stałą opieką poradni psychologicznej, chodzę na psychoterapię, leczyłam się też psychiatrycznie.

Ja i moja psychika to dwa oddzielne byty, nie współpracujemy ze sobą, ona lubi płatać mi różne figle. Teaz właśnie, gdy już myślałam, że w miarę wychodzę na prostą, ona domaga się uwagi. A może jednak coś mi dolega...?

Do rzeczy.

Najlepiej zacząć od początku.
Rok temu w styczniu poczułam drętwienie u dołu prawej nogi. Po drętwieniu okazało się, że nie czuję skóry w tej części i ten brak czucia przesuwał się w górę, zgrabnie ominął kolano i zatrzymał się na udzie. Po prostu nie czułam zewnętrznych części prawej nogi. Dodatkowo, czasami tak jakby pod skórą czułam mrowienie, już dokładnie tego nie pamiętam. Potem to mrowienie przeniosło się na prawy policzek.
Zdenerwowana wieczorem pojechałam do szpitala. Po konsultacji z lekarzem pierwszego kontaktu miałam wizytę u neurologa. Byłam juź nieźle przestraszona, nie wiedziałam co się ze mną dzieje tak więc i ciśnienie mi skoczyło - 170/110, podczas gdy na co dzień utrzymuje się w granicach 110/60. Gdy doktor dotykał moje udo już sama nie wiedziałam, czy je czuję, czy nie, czasami czułam takie nieprzyjemne prądy - już nie wiem czy to z było z nerwów czy co.
Mądry pan doktor podał mi syrop z hydroksyzyną i kazał wracać do domu.
Więc wróciłam.

No i przez ponad rok (gdzieś tak do marca tego roku) nie czułam zewnętrznej części nogi mniej więcej nad stopą do kostki. Nie przejęłam się tym - parę dni później zaczęłam na tę nogę utykać - nie wiem jak to określić, ale w środku noga troszkę bolała gdy chodziłam, ale zewnętrznie jej nie czułam. Mogłam wbić sobie igłę na około 0,5 cm i nic nie czułam (sprawdzałam!)
Myślałam, że może coś mi się z nogą stało, że kręgosłup nie wytrzymuje - mam jakieś 8 kg nadwagi, wydawało mi się, że potrzebuję wizyty u ortopedy - ale że na fundusz kolejki długi, a prywatnie nie było mnie stać, uznałam, że skoro się zaczęło to i przejdzie.
Utykać przestałam w marcu.

Potem dostałam się na studia, o problemie zapomniałam, skupiłam się na nauce.
Tyle rewelacji z zeszłego roku.

Ten rok zaczął się... męcząco. Styczeń, zajęć sporo nie miałam, pierwsza sesja, trochę stresu było, ale niewiele - wszak uczyłam się systematycznie, wykładowcy byli sprawiedliwi, czym się przejmować... I wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że dopadło mnie niesamowite zmęczenie. W dni, w które nie jeździłam uczelnię, siedziałam w domu i nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Nie miałam na nic siły... Zrzuciłam to na sesję i że może podświadomie bardzo ją przeżyłam.

Potem były ferie, potem zaczął się drugi semestr i kolejne problemy. Z bardzo ambitnej i aktywnej dziewczyny zrobiła się ze mnie cwaniara, która przeleciała ten semestr niemal cały na ściągach. Referaty i eseje pisałam na kilka dni przed oddaniem prac - a w zeszłym semstrze kilka dni po ogłoszeniu tematów już miałam połowę... wiem, że to wszystko może brzmieć śmiesznie, ale naprawdę - jak już nie mam siły się uczyć, to jest naprawdę źle. W pierwszym semestrze walczyłam o to, żeby mieć jak najlepsze oceny żeby mieć stypendium, drugi semestr po prostu chciałam skończyć, byle jak, żeby tylko mieć spokój.
Zrezygnowałam z koła naukowego.

Gdy przyjeżdżałam do domu, szłam spać. Potem się budziłam, jadłam coś, myłam się i znowu szłam spać. Weekendy też mijały sennie.

Do tego zaczęły się zawroty głowy - najgorzej było na praktykach w szpitalu, podczas kontaktu z pacjentami, kiedy wykonywałam przy nich jakieś zabiegi (studiuję pielęgniarstwo), chociażby przebranie ich, schylenie sie po coś na ziemię - wstawałam i kręciło mi się w głowie, miałam mroczki przed oczami - no, chyba typowe zawroty głowy.

W kwietniu miałam ostatnie wykłady na uczelni - wtedy też zaczełam ponownie mieć problemy z prawą nogą. Tym razem bolała - ból był przeszywający, od pośladka do stopy, do tego drętwiała mi ta noga, nie mogłam siedzieć więcej niż kilkanaście minut, co chwilę wychodziłam, wierciłam się, potem znienawidziłam wykłady i niewygodne aule.

Nie umiałam też utrzymać równowagi. Zataczałam się, albo kiwałam się na strony. Rano gdy wstawałam musiałam trzymać się ścian, żeby dojść do toalety i się nie przewrócić. Z resztą z równowagą mam problemy do tej pory - coraz większe, momentami nie mogę iść prosto, mam też problemy z pisaniem - zaczęłam pisać bardzo krzywo i brzydko.
Drętwiały mi kończyny. Ręce, nogi.

Pod koniec praktyk myślałam, że już nie wytrzymam. Że zniknę.

Poszłam do lekarza rodzinnego. Myślałam, że mam anemię. Wspomnę, że mam zaburzenia odżywiania - w drugim semestrze odezwała się do mnie moja siostra bulimia. Myślałam, że to jej sprawka.

Badania z krwi i moczu wyszły książkowe.

Powiedziałam lekarzowi o tym, że tracę równowagę, o tym,że nie czuję nogi i o czymś jeszcze - rano niedowidzę. Obraz mi się zamazuje. Po omacku szukam telefonu w łóżku i wyłączam budzik. Rano, pierwsze 15 minut po obudzeniu się nie umiem nic przeczytać. I o tym cholernym zmęczeniu, nieadekwatnym do tego co robię.

Z resztą już znajomi, narzeczony zaczęli zauważać, że coś jest nie tak. Że *wyglądam jak zombie*. Nieważnie ile godzin nie przespałabym i tak czułam się niewyspana. Do tego te zawroty głowy. Wywrotki. Ból nogi, drętwienie. Coraz gorszy nastrój, niechęć do wszystkiego.

Mam 21 lat a czuję się jak staruszka. Sił starcza mi do 14. Potem wegetacja.

Od lekarza rodzinnego dostałam skierowanie do laryngologa, okulisty, neurologa.

Laryngolog.
Pani doktor kazała mi wyciągnąć ręce przed siebie, zamknąć oczy, dotkąć czubka nosa. Włożyłam sobie palec w oko. Już z otwartymi oczami kazała mi ułożyć nogi w jednej linii. Wywróciłam się.
Ale nie miałam szumów usznych, itd, itp, doktor stwierdziła, że laryngologicznie wszystko ok.
Ok.

Okulista.
Pani doktor próbowała mi wmówić, że długo siedzę przed komputerem. Nie udało jej się. Odkryła jednak, że pogorszył mi się wzrok od ostatniego razu. Musiałam przymierzać różne szkła. Kręciło mi się w głowie. Wspaniałomyślnie jednak, doktor kazała mi się przejść po gabinecie. Dobiłam do szafy i się wywróciłam. Jak zwykle. Tym razem nawet nie pomogła mi wstać. Zaczęła straszyć SM, że to taka strasznaa choroba i że za niedługo siądę na wózku. Gdyby w tym gabinecie był ktoś inny, a nie ja, pewnie wyleciałby z płaczem. Nie ma to jak dobre podejście do pacjenta.

Neurolog.
Dzięki uprzejmości przychodni w której miałam praktyki udało mi się dostać niemal od razu. Miła pani doktor zrobiła te same badania, tak samo się wywróciłam. Znowu gadka o SM. Ale przynajmniej łagodnie. Dostałam skierowanie na MRI z dopiskiem *pilnie*, jednak jak się okazało, nie zdało się to na nic, bo najbliższy termin na październik. Do tego czasu mogłam umrzeć albo cudownie ozdrowieć.
Rezonans wykonałam prywatnie.

Wyniki dostałam dzisiaj.
I co?
I nic.

Badanie MR głowy wykonane aparatem Siemens Magnetom C! 0,35T, bez dożylnego podania środka kontrastowego, w sekwencjach T1 i T2­zależnych oraz FLAIR, SWI i DWI, w płaszczyznach strzałkowych, poprzecznych i czołowych, wykazało: 
Pojedyncze, niecharakterystyczne ognisko śr. ok. 5 mm w okolicy rogu przedniego komory bocznej prawej. Poza tym zmian ogniskowych w strukturach mózgowia nie wykazano. Układ komorowy nieposzerzony, nieprzemieszczony, symetryczny. Struktury środkowe nieprzemieszczone. Okolica przysadki mózgowej zachowana prawidłowo. Bruzdy mózgu i rowki móżdżku prawidłowej szerokości. Kompleksy nerwów VII i VIII nieposzerzone, prawidłowo otoczone płynem w obrębie przewodów słuchowych wewnętrznych. Migdałki móżdżku powyżej poziomu otworu wielkiego

No a kilka dni temu przestałam czuć 3 palce u prawej nogi.
Jakiś miesiąc temu przestałam czuć kawałek prawego kolana.

Moje pytania:

Czy ludzka psychika może być na tyle silna żeby sobie to wszystko wymyślić?
Czy może jednak powinnam dalej się diagnozować?

Badanie, z oszczędności, wykonałam bez kontrastu.
Czy powinnam wykonać je jeszcze raz, z kontrastem?


To jedno, pojedyńcze ognisko coś znaczy?
Wizytę u pani neurolog mam za dwa tygodnie. Teraz jest na urlopie. Do tego czasu zwariuję.

Czy na Śląsku bądź w Małopolsce możecie polecić dobrego neurologa, który mnie nie wyśmieje? Chodzi o kogoś, kto potraktuje mnie poważnie...

PS. Pozwoliłam sobie umieścić ten post na kilku forach.

Z góry dziękuję za odpowiedzi.
Wszystkie są dla mnie cenne.

Pozdrawiam,
Basia

Basia 2015-07-15, 22:07

Nic sobie nie wymyśliłaś, objawy masz i podstawy do tego żeby wykonać rezonans były. Jeśli nie chcesz, żeby neurolog cię wyśmiał to bądź poważna i nie wspominaj o nerwicach. Uważam, że powinnaś mieć poszerzoną diagnostykę o potencjały wzrokowe i badanie płynu mózgowo rdzeniowego. A teraz najważniejsze- na stwardnienie rozsiane się nie umiera.

Ola 2015-08-15, 20:03